Krakowskie Przedmieście, Warszawa, dnia 9 sierpnia 2010

Niedługo po rozbiciu się prezydenckiego samolotu w Smoleński, przed Pałacem Prezydenckim harcerze z ZHRu przynieśli drewniany krzyż. Wielu żałobników silnie się do niego przywiązała, tak bardzo, że kiedy władze miasta podjęły decyzję o usunięciu krzyża z przed Pałacu postanowili go bronic. W czasie pierwszej próby przeniesienia rzeźby, “obrońcom krzyża’ udało się powstrzymać policje. 9 sierpnia pod krzyż przyszło kilka tysięcy ludzi, zachęconych wezwaniem na portalu społecznościowym Facebook, aby pokazać “obrońcom krzyża”, że społeczeństwo pragnie przeniesienia krzyża w inne miejsce.

Spotkały się tu dwa różne światy. “Obrońcy” w poczuciu misji i zagrożenia modlili się i śpiewali. Sprawę traktowali bardzo poważnie. Zachowywali się ostro wobec innych. By dostać się do sektora prasowego, musiałem przejść przez grupkę “obrońców” rozciągających się na dystansie około 15-20 metrów. Było to dla mnie trudniejsze niż przejście przez 100 metrów wypełnionych ściśniętymi “przeciwnikami krzyża”. Gdy tylko spróbowałem wejść w grupę, modlący ludzie zacieśnili się, jeden z nich zastąpił mi drogę ze słowami “ty tutaj nie wejdziesz”. Jedna z kobiet powiedziała “przepuście go, on chce się pomodlić z nami”. Odparłem, że ani nie chcę się modlić, ani tam stać, ani w ogóle wchodzić z nimi w jakąkolwiek interakcję, że jestem fotoreporterem, i że próbuje się przedostać do sektora prasowego, a oni stoją mi na drodze. Miast mnie puścić, przeprowadzono ze mną wywiad by zbadać czy przypadkiem nie jestem przedstawicielem wrogich mediów. W końcu mnie puszczono, przeszedłem kilka kroków, gdy znowu spróbował zatrzymać mnie jakiś mężczyzna. Ponownie tłumaczę mu, że prasa, machnąłem mu przed oczami legitymacją, którą miałem zawieszoną na szyi. Ten już bez żadnych oporów, złapał za legitymacje i postanowił na własne oczy przekonać się czy to aby nie Gazeta Wyborcza. Zrozumiałem wtedy, dlaczego zawieszki na szyję nazywa się smyczami. Poczułem się jak wściekły pies i byłem już bliski kłapania zębami. Po zweryfikowaniu mojej tożsamości pan łaskawie wypuścił mnie z więzów i poszedłem dalej, ku bramkom pilnowanym przez policję.
Wśród “przeciwników krzyża” panowała natomiast atmosfera piknikowo humorystyczna. Większość przygotowanych przez nich haseł była humorystyczna, często wręcz absurdalna. Wiele osób znajdowało się pod wpływem alkoholu. Duże zbiegowiska ludzi, szczególnie protestujących przeciw czemuś, stanowią potencjalne zagrożenie. Tak też było w tym przypadku. Jednak pomiędzy tymi ludźmi można było czuć się bezpiecznie, jak na pikniku właśnie.

Całe wydarzenie było mocno obstawione przez policję i mimo wielkich emocji, pomijając kilka nieznacznych incydentów, nie doszło do starć i rozlewu krwi.

Prowokator, wszedł pomiędzy rozmodlonych “obrońców krzyża” puszczając z dyktafonu wzmocnionego tubą utwór Wes Madiko- Alane, który w te wakacje był hitem wśród internautów. Krzyknął, iż powinien zostać oblany wodą święconą i faktycznie ktoś wodą go oblał. Kilka osób zaczęło zachowywać się wobec niego agresywnie, inni ich powstrzymali, zdając sobie sprawę, iż agresywne zachowanie źle wpływa na wizerunek “obrońców krzyża”


Gdy jest gęsto, a chcesz dobrze widzieć- wejdź na drzewo


Wielu z “obrońców krzyża” było bardzo negatywnie nastawionych do mediów. Ten mężczyzna z flagą, gdy tylko zauważył, że go fotografuje, zaczął nerwowo dopytawać się, czy przypadkiem nie jestem z Wyborczej

Manifestanci anty-krzyżowi zainstalowali własny znak drogowy na Krakowskim Przedmieściu